godzina dodatkowa
Zgodnie ze zmianami wprowadzonymi w art. 42 Karty Nauczyciela przez ustawę z dnia 21 listopada 2008 r. o zmianie ustawy – Karta Nauczyciela (Dz. U. z 2009 r. Nr 1, poz. 1), od dnia 1 września 2009 r. nauczyciele mają obowiązek, oprócz realizowania swojego pensum, przeprowadzić w ramach czasu pracy przynajmniej jedną godzinę tygodniowo zajęć z uczniami wynikających z zadań statutowych szkoły, w tym zajęć opiekuńczych i wychowawczych uwzględniających potrzeby i zainteresowania uczniów (a od 1 września 2010 r. w szkole podstawowej i gimnazjum – 2 godziny w tygodniu).
Dotyczą one wszystkich nauczycieli (również nauczycieli – wychowawców świetlic szkolnych, bibliotekarzy, pedagogów itd.).
Godziny wynikające z art. 42 ust. 2 pkt 2 ustawy – Karta Nauczyciela nie są godzinami dodatkowymi, gdyż są to godziny mieszczące się w ramach tygodniowego czasu pracy nauczyciela. Przepisy zawarte w ww. artykule dotyczą godzin zegarowych a nie godzin lekcyjnych. Oznacza to, że pod pojęciem godziny rozumiemy 60 minut.
Jeśli dobrze rozumiem, to tygodniowy czas pracy nauczyciela określono na 40 godzin. Po dodaniu tej jednej godziny czas ten powinien wzrosnąć do 41 godzin, gdyż 40 + 1 = 41. Nic z tego. Okazuje się, że te 40 godzin jest z gumy: w tym roku wrzucono tam jedną godzinę, a w przyszłym roku dorzuci się jeszcze jedną! To wszystko wina Piotra Tomczaka… On to przecież lansował gdzie się tylko dało hasło: 2+2#4.
Proponuję teraz nowy napis na t-shirtach:
wersja na rok 2009-2010 - 40+1=40,
wersja na rok 2010-2011 - 40+2=40.
Wprowadzenie dodatkowej godziny w połączeniu ze wzrostem inflacji skutecznie stłumi efekty podwyżek dwa razy po 5% z tym, że o ile o podwyżkach politycy chętnie mówią, o tyle jakoś milczą o całej reszcie. Trochę szkoda. Przynajmniej od MENu można by wymagać, by wprowadzeniu tej dodatkowej godziny towarzyszyły sensowne zapisy wyjaśniające, jak w praktyce ma ta godzina wyglądać i w jakich formach ma się realizować. Na razie ze zdziwieniem można zauważyć, że do szkoły, gdzie czas odmierza się jednak w cyklach 45-minutowych, zawitała godzina zegarowa.
Ja już wiem, co i kiedy będę robił w czasie tej godziny. Ale zastanawiam się, pisząc te słowa, w jaki sposób zamierzają pracować nauczyciele w szkołach, gdzie nauczycieli jest, powiedzmy, 100? Skoro mamy 5 dni w tygodniu, to średnio licząc 20 nauczycieli dziennie po lekcjach będzie coś proponować swoim pociechom przez 60 minut. To pewnie potrzeba będzie 20 sal lekcyjnych i 20 godzin “odbytych” zaraz po lekcjach, bo jakoś nie wierzę, że uczniowie zechcą wracać do szkoły wieczorami…
Rzecz jasna, problemów z tą dodatkową godziną jest całe multum, czy można na przykład spotkać się z uczniami w dni wolne (soboty, niedziele, święta), czy mogę pojechać z uczniami na wycieczkę tematyczną i tym samym rozliczyć te godziny itd itp.
A co się stanie, gdy nikt nie zechce przyjść na moje zajęcia?????
Kiedy już opadną emocje, to można pomyśleć nad sensownym wykorzystaniem tej godziny. Można na przykład zaproponować uczniom godzinkę matematyki z kalkulatorem. Porządnie, od podstaw obsługi przez ciekawe zastosowania. Kto wie, może w taki sposób, kiedy się okaże, że ten sprzęt przydaje się uczniom słabszym w lepszym rozumieniu matematyki, kalkulatory naukowe zostaną w końcu wprowadzone na stoły egzaminacyjne?



