inicio mail me! sindicaci;ón

Wpisy z Krzysztof Nowakowski

kłamstwa i statystyki

Fundacja Obywatelskiego Rozwoju na swojej stronie internetowej zamieściła prezentację pod tytułem „Szkołę mą widzę kosztowną”. Pełen tekst zamieściła także Edulandia oraz lokalne wydania Gazety, co stało się okazją dla forumowiczów do ożywionej dyskusji na temat zawartych tam danych i ich opracowania. Przy okazji znowu dostało się nauczycielom, jednak dziś pozwolę sobie skomentować niektóre zawarte w tej prezentacji tezy.

Autorzy piszą, że „na jednego nauczyciela w szkole podstawowej przypada w Polsce zaledwie 10,5 ucznia, co jest jednym z najniższych wskaźników w krajach OECD (średnia 16,4); w gimnazjum wskaźnik ten wynosi 12,5 w Polsce i 13,7 dla krajów OECD”. Forumowicze nie zostawili na tym akapicie suchej nitki pisząc, że nigdy nie spotkali się z tak mało licznymi klasami. To nieporozumienie. W mojej szkole na 46 zatrudnionych nauczycieli (włącznie z dyrekcją i księżmi) przypada mniej niż 600 uczniów, co daje wskaźnik poniżej 13 uczniów na nauczyciela. Sęk w tym, że wniosek autorów, iż trzeba teraz zwolnić armię nauczycieli, by wyrównać wskaźniki do średniej OECD, jest kontrowersyjny. Mam pewność, że nasi uczniowie uczą się po prostu więcej różnych przedmiotów niż ich koledzy w innych krajach. A to wymaga rzecz jasna obecności większej liczby nauczycieli w danej klasie. W USA nie ma osobnych przedmiotów chemii, biologii i fizyki – jest Science. Tu autorzy opracowania zupełnie nie zauważyli, że do szkoły średniej zaraz zapuka kolejna reforma i warto się zastanowić, czy przy tej okazji te wskaźniki nie ulegną zmianie.

Dalej autorzy opracowania spekulują na temat liczby uczniów w latach 2010-2020 i wobec prognozowanego zmniejszenia się liczby uczniów z 5 milionów do 4,5 miliona, chcą redukcji liczby etatów nauczycieli o 100000. Dla mnie ta prognoza oznacza tyle, że liczba uczniów zmniejszy się o 10%, czyli w klasach, w których uczę, liczba uczniów spadnie o jakieś 2-3 osoby. A przecież w Poznaniu są klasy, gdzie liczba uczniów przekracza 35! Oczywiście, że możemy zredukować liczbę nauczycieli do minimum i mieć w klasie po 100 uczniów, wtedy i budynki szkolne staną się zbędne – nauczyciele będą nauczali na polankach w parkach lub na łąkach. Są przecież kraje na świecie, gdzie tak wygląda edukacja.

„Im szybciej zatem dostosujemy wydatki publiczne na edukację na poziomie podstawowym i średnim do nowych warunków demograficznych, tym szybciej powstaną oszczędności w budżecie państwa.”

Ile pracują nauczyciele? Autorzy opracowania ustalili, że „Polscy nauczyciele poświęcają na dydaktykę 513 godzin rocznie (wobec średniej dla państw OECD 786 godzin rocznie)”. Skąd ta liczba? Policzyłem na moim ulubionym fx-82TL: 38 tygodni ma rok szkolny razy 18 godzin lekcyjnych równa się 684 godziny lekcyjne, czyli 513 godzin zegarowych. Fajne rachunki. Rozumiem, że pracuję od 8:00 do 8:45, potem mam 10 minut wolnego od pracy, potem znowu pracuję 45 minut i znowu mam wolne 10 minut itd. Tak uważają nawet niektórzy forumowicze. A moje dyżury na przerwach? Mam ich 13 w tygodniu – to jest czas pracy? Domyślam się, że te dyżury wliczono w 40 godzinny tygodniowy czas pracy. A gdzie jest godzina karciana? W gimnazjum i podstawówkach nawet dwie godziny karciane tygodniowo! Nie ma za to wynagrodzenia, czyli to jest czas wolny? Przy takich wyliczeniach okazuje się, że udział pracy dydaktycznej nauczyciela w łącznym czasie pracy jest najniższy w Europie, co autorów prowadzi do wniosku, że trzeba zwolnić kolejne 148 tysięcy nauczycieli.

Chciałem zauważyć, że są kraje, gdzie nauczyciele nie pełnią dyżurów na przerwach, mają swoje gabinety w szkołach, do przygotowania się do lekcji wykorzystują prąd, papier i sprzęt w szkole itp.

„Szacunki Banku Światowego pokazują, że podniesienie pensum dydaktycznego nauczycieli w Polsce z 18 godzin do 24 godzin tygodniowo, a więc wciąż poniżej średniej dla krajów OECD, oznaczałoby redukcję etatów o 70 tys. czyli o 14 proc. Ten ruch oznaczałby oszczędności około 1,6 mld złotych rocznie dla budżetu państwa.”

Na koniec autorzy zostawili wisienkę na torcie: „Ile wydajemy na edukację na poziomie podstawowym i średnim? Przeciętne wydatki publiczne na ucznia szkoły podstawowej w odniesieniu do wielkości PKB na mieszkańca są w Polsce jednymi z najwyższych wśród krajów OECD. W przypadku uczniów gimnazjów i liceów relacja ta kształtuje się jednak w Polsce poniżej średniej dla krajów OECD.” Tu autorzy prezentują wykres, w którym Polska znalazła się w doborowym sąsiedztwie Nowej Zelandii, Norwegii i Niemiec. To jest już szczyt, żeby żonglować takim wskaźnikiem: wydatki publiczne na ucznia szkoły podstawowej w odniesieniu do wielkości PKB na mieszkańca. Zastanówmy się, mamy porównać: ułamek, w którym licznik jest mały (wydatki) i mianownik mały (PKB na mieszkańca), z ułamkiem, w którym licznik jest duży i mianownik jest duży… Czyli Polska ma wskaźnik 22, Norwegia 22, a USA 24!

Cała ta żonglerka danymi ma służyć jednej tezie: nauczycieli jest stanowczo za dużo. Po zredukowaniu ich liczby w budżecie pojawi się solidny zastrzyk gotówki, który będzie można przeznaczyć na zasiłki dla bezrobotnych.

Mój nauczyciel w podstawówce zwykł mawiać: puk, puk, dzień dobry ci, rozumku!

promocje

Jedna z większych polskich sieci sklepów ogłosiła weekendową promocję: wszystko bez podatku VAT. Promocja w praktyce wygląda tak, że w piątek (nocą?) podnosi się ceny towarów, które następnie oferuje się klientom po “promocyjnych” cenach. Prześledźmy ten zabieg na przykładzie pewnego telewizora. Cena w sklepie: 3980 zł w tym 22% VAT. W sobotę ten telewizor kosztował 4899 zł i sprzedawca zachęcał mnie do kupna stwierdzeniem, że teraz mogę kupić taniej bo bez VATu. To przecież najprawdziwsza prawda. W końcu 4899:1,22=4016 zł, czyli oszczędzę ponad 880 złotych. Z tym, że jednocześnie stracę 36 złotych (4016-3980). Zauważmy też, że 22% VAT w cenie 3980 to 717 złotych, więc faktycznie telewizor bez VATu kosztuje normalnie 3263 złote. Tak więc, zamiast promocyjnie kupić telewizor za 3263 złote, kupuję telewizor za 4016 zł i jeszcze mam wrażenie, że zaoszczędziłem 22% ceny telewizora - to się nazywa promocja !!!

Celowo napisałem 22% ceny telewizora, gdyż mam wrażenie, graniczące z pewnością, że kupujący nie rozumieją, co to znaczy, że kupują bez VATu. Pan, stojący obok mnie w sklepie, zapytał sprzedawcę “czyli odejmuję od tej ceny, co wisi na telewizorze, 22% - tak?”. Wprawdzie przy wejściu do sklepu umieszczono tabliczkę z napisem “dziś kupujemy bez VAT, czyli widoczne na etykietach ceny należy podzielić przez 1,22″ - co mnie mile zaskoczyło! - ale jednak nie sądzę, by wiele osób to czytało…

Teraz przyda się kalkulator. Niech towar kosztuje 1000 zł w tym 22% VAT. Oznacza to, że cenę netto towaru obliczymy dzieląc cenę brutto przez 1,22 - 1000:1,22=819,67.

Gdybyśmy chcieli od ceny brutto odjąć 22% ceny, to otrzymamy 1000-22%(1000)=780 złotych. Czyli mniej.

Ogólnie rzecz biorąc, jeżeli towar kosztuje x złotych, to bez VATu kosztuje 0,82x natomiast po odjęciu 22% z x dostajemy 0,78x. Różnica 0,04x działa na wyobraźnię klienta, gdyż sądzi, że zapłaci mniej :-)

Można też powiedzieć, że błąd bezwzględny tej kalkulacji jest równy 0,04x , zaś błąd względny wynosi (0,04x)/(0,82x)*100% czyli prawie 5%.

Im droższy towar kupujemy, tym większy błąd popełniamy i o to pewnie w tej sieci sklepów chodzi. Po ujrzeniu właściwej ceny w kasie nie będziemy przecież przyznawali się do własnych słabości…

do boju!

Nowy rok szkolny przywitałem podwyżką mojej pensji zasadniczej: na konto wpłynęło o 97 zł więcej niż w sierpniu. Wypada skonfrontować tę liczbę z odpowiednimi danymi przeczytanymi w prasie: “Wysokość minimalnego wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli, w zależności od ich stopnia awansu zawodowego, wzrośnie o od 133 zł do 182 zł brutto.”

Wczoraj obejrzałem w lokalnej telewizji panią z Kuratorium, która opowiadała o zmianach w kalendarzu roku szkolnego, o dodatkowych dniach wolnych od zajęć, jednym słowem o tym wszystkim, o czym pisałem w poprzednim wpisie. Dziś trąbią o tym już wszystkie media. Wszystko pięknie, ale… No, właśnie. Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej czytamy: “Ministerstwo Edukacji Narodowej informuje, że w Biuletynie Informacji Publicznej zamieszczony został projekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie organizacji roku szkolnego. Projekt będzie podlegał dalszym pracom legislacyjnym. Po ich zakończeniu, w BIP zamieszczona zostanie jego aktualna wersja.”

A teraz czas na  dwa proste pytania:

1. Jak wygląda organizacja roku szkolnego w świetle OBOWIĄZUJĄCYCH przepisów?

2. Jakie dane podawali nauczycielom dyrektorzy na wczorajszych radach pedagogicznych?

Polska to jest taki kraj, w którym przepisy nie są do niczego potrzebne. Lubię oglądać program “Uwaga, pirat!”. Tam policja łapie kierowcę sunącego setką przez obszar zabudowany. Kierowca tłumaczy się tak: jak tylko minąłem ten znak informujący o obszarze zabudowanym, to rozpocząłem hamowanie, o co wam chodzi? Albo policja łapie kierowcę, który przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle. Kierowca: to nie było czerwone, ja wjechałem na późnym żółtym. A ilu kierowców rozmawia w czasie jazdy przez telefon? To jakaś epidemia! Pogarda i lekceważenie prawa.

Ale czy takim lekceważeniem nie popisuje się też MEN? Co za problem - podpisze się to rozporządzenie gdzieś w połowie września i o co chodzi?

Jedno mnie jednak ciekawi. Skoro projekt będzie podlegał dalszym pracom legislacyjnym, to skąd wiadomo już teraz, jak wyglądać będzie jego ostateczna wersja???

dwa razy pięć równa się siedem, czyli popracujemy dłużej

Toczą się negocjacje w sprawie podwyżek dla nauczycieli w roku 2011. Rząd proponuje jedną podwyżkę o 7% we wrześniu, zaś związki optują za dwiema podwyżkami po 5%. Jak zawsze temat wywołuje na forach ożywione dyskusje, z których jasno wynika, że nauczyciele to banda nierobów, która nie dość, że ma dwa miesiące wakacji, to jeszcze ma czelność upominać się o podwyżki, a przecież zarabia fortunę na korepetycjach i w ogóle w przeliczeniu na godzinę zegarową zarabia coś ze 25 złotych. Uwielbiam czytać te wpisy na forach! Przyznam, że zdarza się, iż czytam je nawet na lekcjach moim uczniom - niech wiedzą, z jakim chamem i obibokiem mają do czynienia. Ale o tym już nie raz nie dwa pisałem. Ciekawe, że choć nauczyciele mają się tak świetnie, to jakoś młodzież nie garnie się na studia nauczycielskie….
MEN musiało czytać te wpisy oraz z pewnością (:-)) przeczytało moje wynurzenia o organizacji roku szkolnego i egzaminach, gdyż na swojej stronie zamieściło projekt nowej organizacji pracy szkoły. Po pierwszym przeczytaniu tego projektu byłem zachwycony! Nareszcie! Nareszcie dyrektor szkoły będzie mógł decydować o wprowadzeniu dni wolnych od zajęć w czasie, kiedy w szkole trwają egzaminy!
W projekcie czytamy bowiem:
Dyrektor szkoły lub placówki, po zasięgnięciu opinii rady pedagogicznej, rady szkoły lub placówki, rady rodziców i samorządu uczniowskiego, biorąc pod uwagę warunki lokalowe i możliwości organizacyjne szkoły lub placówki, może, w danym roku szkolnym, ustalić dodatkowe dni wolne od zajęć dydaktyczno–wychowawczych, w wymiarze dla, odpowiednio:
1) szkół podstawowych, zasadniczych szkół zawodowych, szkół policealnych oraz placówek kształcenia praktycznego i placówek kształcenia ustawicznego – do 6 dni;
2) gimnazjów – do 8 dni;
3) liceów, liceów uzupełniających, techników i techników uzupełniających – do 10 dni.
Dniami, o których mowa (…), są w szczególności:
1) dzień, w którym odbywa się sprawdzian przeprowadzany w ostatnim roku nauki w szkole podstawowej;
2) dni, w których odbywa się egzamin przeprowadzany w ostatnim roku nauki w gimnazjum;
3) dni, w których odbywa się egzamin maturalny przeprowadzany w szkołach ponadgimnazjalnych;
4) dni, w których odbywa się etap pisemny egzaminu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe;
5) dni świąt religijnych nie będących dniami ustawowo wolnymi od pracy określone w przepisach o stosunku państwa do poszczególnych kościołów lub związków wyznaniowych;
6) dzień 2 maja, jeżeli wypada w dzień powszedni;
7) piątek po święcie Bożego Ciała.
Oznacza to, że nauczyciele będą mogli w spokoju brać udział w organizacji i przeprowadzeniu egzaminów bez biegania po egzaminie na lekcje. I o to mi chodziło. Co prawda, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby w moim mieście w jednym liceum uczniowie mieli wolne, a w innym szli do szkoły, ale to dlatego, że mam kiepską wyobraźnię…
Tak więc, po pierwszym przeczytaniu projektu byłem zachwycony, ale po bliższym wczytaniu się w jego treść zauważyłem, że MEN obligatoryjnie przesuwa koniec roku szkolnego: W szkołach (…) zajęcia dydaktyczno-wychowawcze rozpoczynają się w pierwszym powszednim dniu września, a kończą w ostatni piątek czerwca. Dodam, że w roku szkolnym 2010/11 zajęcia kończą się 22 czerwca.

A więc wszyscy forumowicze, którzy z taką troską pochylają się nad czasem pracy nauczycieli, powinni być usatysfakcjonowani. Jeżeli projekt rozporządzenia stanie się ciałem, to:
1. Nauczyciele w gimnazjach za darmo popracują dwie dodatkowe godziny (tzw.  godziny karciane: 19. i 20. - jedną godzinę już pracowali ekstra w roku szk. 2009/10).
2. Nauczyciele w szkołach ponadgimnazjalnych popracują za darmo jedną dodatkową godzinę.
3. Rok szkolny zostanie wydłużony do końca czerwca ( na przykład w roku 2012 ostatni piątek czerwca przypada 29., w roku 2013 - 28.).
4. Dyrekcja szkoły nie ma obowiązku wprowadzenia dni wolnych w czasie trwania sesji egzaminacyjnej, jeśli potrafi zorganizować i lekcje i egzaminy.
5. Tym samym podwyżka pensji stanie się de facto obniżką.

po co nam taka matematyka

Przeczytałem uważnie wywiad z profesorem Turskim, polemikę Piotra oraz przeczytałem i wysłuchałem masę innych wypowiedzi na temat: po co nam ta matematyka i sądzę, że powinienem zabrać głos w tej sprawie, pisząc nieco poważniej niż tam.

Sądzę, że pytanie jest źle postawione. Wolę pytanie: po co nam TAKA matematyka. Matematyka jako przedmiot, z którym spotyka się uczeń w polskiej szkole. Temat strasznie głęboki i wielowątkowy. Skupię się jedynie na dwóch z nich.

Zacznijmy od organizacji pracy szkoły. Myślę, że system klasowo-lekcyjny w szkole ponadgimnazjalnej to przeżytek. Zdaje się rozumieć to Ministerstwo Edukacji, wprowadzając reformę, która zapuka do drzwi liceum w roku 2012. Z niecierpliwością czekam na ten moment, kiedy przyjdą do mnie na zajęcia uczniowie z różnych klas. Teraz, kiedy mam przyjemność pracować z bardzo dobrymi uczniami, widzę, że są “humaniści” którym matematyka jest bardziej potrzebna niż innym, choćby dlatego, że wybierają się na Architekturę czy na Zarządzanie, a są też i tacy, którzy mają w planach studia za granicą i bez matematyki w ogóle nie są w stanie tych planów zrealizować. Oczywiście, zaraz padnie pytanie, co robi przyszły architekt w klasie humanistycznej. Wśród moich uczniów są tacy, którzy przyszli do liceum ze średnią 6.0 na świadectwie. Oni lubią czytać, lubią chodzić do teatru i na swój sposób lubią też przedmioty ścisłe. Krótko mówiąc, mogą uczęszczać z sukcesem do dowolnie sprofilowanej klasy. Dla takich uczniów system klasowo-lekcyjny jest zbędnym kagańcem. Zobaczymy więc po roku 2012, co się zmieni w tej materii. Realia reformy, która dotarła już do gimnazjum, nie są niestety optymistyczne. Uczniowie mieli wybrać dyscyplinę sportu na lekcjach wychowania fizycznego, a słyszę, że wybiera cała szkoła… Ponadto, z różnych symulacji wychodzi na to, że lekcje w szkole będą się kończyły znacznie później niż obecnie.

Druga sprawa to dobór treści podawanych uczniom na lekcjach matematyki w szkole ponadgimnazjalnej. Praktycznie wyrzucono geometrię analityczną. To mój ulubiony dział matematyki. Szukanie zbioru punktów, które mają wspólne własności, odpowiednie zapisanie danych, właściwy dobór układu współrzędnych, ułożenie równania (nierówności), rozwiązanie, przekształcanie, rachowanie, poszukiwanie “ładnego” rozwiązania itd - wszystko to niesamowicie rozwijało kompetencje młodzieży, łącząc kilka działów matematyki w jednym zadaniu. Zostały z tego strzępy w postaci równania okręgu czy równania prostej. Szkoda. W ogóle cała geometria wykładana w liceum przypomina patchwork. Nie lubię tego działu ani trochę. Tymczasem w programie matury międzynarodowej spory nacisk kładzie się na rozwiązywanie problemów za pomocą wektorów i co rok w zestawie zadań egzaminacyjnych jest jakieś zadanie z wektorami często także w przestrzeni trójwymiarowej.

Kiedy moi uczniowie pytają się, po co się tego uczymy? Kiedy “walczymy” z wielomianami. Profesor Turski rozśmieszył mnie do łez, kiedy uzasadniał potrzebę tej walki do umiejętności modelowania obcasów. Głowę dam, że większości wielomiany w ogóle nie są do niczego potrzebne w życiu. Ale skoro już są w programie, to dlaczego uczymy je dodawać, odejmować i mnożyć, a dzielenia już nie ma??? Czy algorytm pisemnego dzielenia liczb nie jest szczególnym przypadkiem dzielenia wielomianów?

Reasumując, uczniowie mają sporo racji, kiedy pytając się, po co się tego uczą, myślą, “po diabła się tego uczymy, skoro nigdy tego nie wykorzystamy w życiu”! Przedmiot Matematyka przypomina raczej Historię matematyki, tak jak Język polski to w zasadzie historia literatury. Mocno trąci myszką. Myślę, że potrzebna jest szeroka dyskusja fachowców, którzy zaproponują uczniom coś świeżego, na miarę czasów, w ktorych żyjemy.

kto do liceum?

OKE w Poznaniu podaje wyniki matur w formie pliku pdf o objętości 96 stron, co doskonale utrudnia analizę tych danych. A są to dane niezmiernie interesujące i każdy gimnazjalista i jego rodzice powinni się z tymi danymi zapoznać.

Mnie fascynuje porównanie potencjału szkół podanych w tabeli. Popatrzmy na przykład na wyniki egzaminu z matematyki na poziomie podstawowym. Uczniowie zwycięskiego VIII LO zdobyli w sumie ponad 19445 punktów procentowych, a uczniowie ostatniej w rankingu szkoły nieco ponad 744. Z drugiej zaś strony, tabela wyników matury z języka angielskiego pokazuje, że druga tam Szkoła Baletowa ma “potencjał” 162 punktów procentowych, zaś uczniowie ostatniej szkoły w tym rankingu uzyskali ponad 322 punkty… Oczywiście celowo wybieram takie dane, żeby pokazać, że wybór najlepszej szkoły jest trudny i wymaga o wiele więcej parametrów niż tylko liczba uczniów i średnie wyniki z danych przedmiotów. Ale jednak wynik VIII LO z matematyki robi wrażenie.

Przy okazji rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych pojawia się pytanie: ile punktów wystarczy, aby zostać uczniem liceum? Okazuje się, że są miasta, gdzie wprowadzono limit punktów i poniżej tego limitu nie można przyjąć ucznia do żadnego liceum w mieście. Ponieważ w Poznaniu nie ma tego limitu, więc (teoretycznie) każdy gimnazjalista może próbować… W tym roku minimalna liczba wynosiła … 37 punktów na 200. 200 punktów otrzymuje w postępowaniu rekrutacyjnym laureat konkursu, więc realnie można powiedzieć, że bardzo dobre świadectwo, ale bez osiągnięć w konkursach, daje jakieś 160 punktów. 37 na 160… Wydaje się, że to strasznie mało (23%), ale w jednym z poprzednich wpisów pokazywałem wyniki rekrutacji na wyższe uczelnie, gdzie ten wynik daje bez problemu miejsce na wielu kierunkach studiów. W tym kontekście dziwi pomysł likwidacji najsłabszych liceów. Czy rzeczywiście osoba, która chce iść do liceum, ale nie dostaje się tam, bo ma za mało punktów, znajdzie dla siebie odpowiednią zawodówkę - tak z marszu i na szybko? Śmiem wątpić. Potrzebna jest już w gimnazjum “preorientacja zawodowa”. To skomplikowany problem. Nie chcę tutaj o tym pisać. Chcę wyraźnie powiedzieć, że zamiast likwidować licea, bo niż, bo słaby poziom, bo coś tam, należy zmiejszyć liczbą uczniów w klasie do rozsądnego poziomu 25. To nie jest prawda, że w “słabych” liceach uczą słabi nauczyciele! Nie marnujmy tego potencjału!

I, na zakończenie, wizyta w sklepie. Kupujemy mleko o smaku pistacjowym. Oto wybór:

ml1  ml2

Jedna butelka kosztuje 2 złote i 68 groszy, zaś dwie butelki kosztują 4 złote i 69 groszy, przy czym, jak widać na obrazku, drugą butelkę kupujemy (ze świadomością, że jest) o 50% taniej.

Zagadnienia wakacyjne:

1. Oblicz cenę butelki mleka w dwupaku.

2. Jak się ma ta znaleziona cena do ceny butelki (tego samego) mleka na zdjęciu 1?

3. Po co pisze się,  ”drugie opakowanie 50% taniej”?

4.  A można by napisać: “drugie opakowanie 90% taniej” przy tej samej cenie za dwupak?

5. A można napisać: “drugie opakowanie gratis!!!” ?

wakacyjnie o rankingach

Okręgowa Komisja Egzaminacyjna w Poznaniu podała wyniki egzaminów maturalnych dla wszystkich szkół ze swojego regionu. Oczywiście - jak zwykle - podano same średnie arytmetyczne plus liczbę zdających.

Wielokrotnie pisałem, że podawanie gołych średnich arytmetycznych nie ma sensu, gdyż do jednych szkół trafiają najlepsi gimnazjaliści, laureaci i finaliści konkursów przedmiotowych, a do innych szkół trafiają uczniowie, którzy powinni zakończyć swoją edukację w gimnazjum dla pracujących. W zasadzie tworzy się w szkołach średnich cały łańcuszek danych, opartych na średniej arytmetycznej. Najpierw gimnazjaliści składają papiery do wybranych klas - tu obowiązuje rekrutacja elektroniczna i zamiana ocen i osiągnięć z gimnazjum na punkty. Listy przyjętych do klas, wywieszane we wszystkich szkołach średnich,  stanowią swoistą kompilację średnich ze średnich. Listy porządkowane są wg liczby punktów zdobytych w procesie rekrutacji. W bardzo dobrych liceach po kilka a nawet kilkanaście osób w klasie ma 200 punktów. Nic zatem dziwnego, że media natychmiast podają swoje “rankingi klas, do których najtrudniej się dostać”. Można przyjąć, że do liceum z górnej połki w Poznaniu trzeba mieć jakieś 150 punktów, żeby myśleć o dalszej edukacji tamże. Ale może być i tak, że 160 punktów nie wystarczy. Ciekawe, że w tak dużym mieście jak Poznań, liceów z “górnej półki” nie ma wcale tak wiele, a są i takie licea, gdzie można dostać się z mniej niż 90 punktami, czyli z kiepskim świadectwem gimnazjalnym. Tak więc, w jednej klasie danej szkoły przez trzy lata może się kształcić kilkunastu finalistów różnych konkursów, a w innej szkole ze świecą szukać w ogóle zainteresowanych przedmiotem. Na marginesie taka uwaga: lepiej być najsłabszym uczniem w dobrej klasie niż najlepszym uczniem w słabej klasie. (Rozwinę tę myśl przy następnej okazji.)

W takiej sytuacji podawanie samych średnich arytmetycznych jest co najmniej nie fair. Pierwszy raz wszyscy uczniowie zdawali maturę z matematyki i aż się prosiło, żeby skonfrontować wyniki egzaminu gimnazjalnego z wynikami egzaminu maturalnego.

Sęk w tym, że nie wiadomo tak naprawdę, jak to zrobić… Liczona dla gimnazjów Edukacyjna Wartość Dodana ma szereg braków i spore grono oponentów. Z kolei ja proponuję, żeby zrezygnować w ogóle z porównywania szkół za pomocą jakieś jednej liczby na korzyść graficznej prezentacji wyników za pomocą na przykład diagramów pudelkowych (o tym przy następnej okazji). Dla mnie nie do zaakceptowania są porównania szkół, gdzie egzamin z matematyki zdaje prawie 300 abiturientów i szkoły prywatnej, gdzie zdawały 4 osoby (żeby było śmieszniej - wszystkie oblały…).

No, ale mamy wakacje, więc i ja wakacyjnie przetworzę dane dostarczone przez OKE. Jedna z lokalnych gazet zadała pytanie: ktora szkoła jest najlepsza, podając cztery tabelki z wynikami matury z języka polskiego, angielskiego, matematyki i geografii. Przetworzyłem parę tych tabelek. Oto i one. W pierwszej kolumnie nazwa szkoły, w drugiej liczba zdających, w trzeciej wynik średni. Przyjąłem następujące skróty: LOMM - liceum św. Marii Magdaleny, LZSZP - liceum Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego, LOSU - liceum Sióstr Urszulanek, LPZP - liceum Zakonu Pijarów.
Ranking pierwszy. Wyniki egzaminu maturalnego z języka polskiego na poziomie podstawowym:

s1

Ranking drugi. Wyniki egzaminu maturalnego z języka polskiego na poziomie rozszerzonym:

s2

Ranking trzeci. Wyniki egzaminu maturalnego z matematyki na poziomie podstawowym:

s3

Ranking czwarty. Wyniki egzaminu maturalnego z matematyki na poziomie rozszerzonym:

s4

Ranking piąty. Wyniki egzaminu maturalnego z języka angielskiego na poziomie podstawowym:

s5

Ranking szósty. Wyniki egzaminu maturalnego z języka angielskiego na poziomie rozszerzonym:

s6

I mój ranking na zakończenie. Z tych wszystkich wyników “wyciągnąłem” średnią ważoną i podzieliłem przez liczbę egzaminów. Powstał wynik średni ważony przeciętnego abiturienta danej szkoły i ranking tych wyników wygląda tak:

s7

Ten ranking pokazuje świetną pracę, jaką w tym roku wykonano w II LO, a przecież w tej szkole zdawano (z wielkim powodzeniem) maturę IB - gratulacje!

wstępne wyniki

Centralna Komisja Edukacyjna udostępniła wstępne wyniki egzaminu maturalnego, więc ja w te pędy zbudowałem tabelkę, jak w zeszłym roku. Mamy tutaj kolejno wybrane przedmioty na poziomie podstawowym, średnią, odchylenie standardowe, wynik egzaminu oraz wynik po standaryzacji (więcej: wyniki matury 2009). Warto porównać obie tabelki czyli tą i tamtą z 2009 roku. Znowu najłatwiejszym egzaminem był angielski, znowu biologia z WoSem i geografią są na szarym końcu i znów matematyka jest przed polskim… W zasadzie wszystko jest po staremu. Nawet wyniki w kolumnie WE są zdumiewająco zbliżone do wyników z ubiegłego roku. Ale już wyniki z kolumny WPS są inne. O czym świadczy WPS=1,46 w porównaniu z WPS=1,70? Egzaminy w tym roku były trudniejsze niż w ubiegłym…

wakacji czyli rekrutacji czas

Media radośnie piszą, że uczniowie i nauczyciele rozpoczęli wakacje. Muszę powiedzieć, że sobotę spędziłem w szkole. Podobnie cały przyszły tydzień poświęcę sprawom rekrutacji do liceum. 30 czerwca maturzyści odbiorą świadectwa i wtedy też dowiemy się, jak poszła pierwsza po latach obowiązkowa matura z matematyki. Nad rekrutacją i innymi sprawami szkoły czuwa całkiem spora grupa nauczycieli, którym do wakacji jeszcze trochę.

Moja rola w procesie rekrutacji polega na oglądaniu świadectw kandydatów i przyznawaniu im punktów za szczególne osiągnięcia. Hitem w tym roku jest działalność charytatywna - za stosowny wpis na świadectwie można dostać 2 punkty. Masa młodzieży dysponuje takimi wpisami.

Jak co rok na świadectwach pojawiają się kuriozalne zapisy. Zwycięstwo w konkursie “Usuwamy azbest” jest z pewnością cenne, ale czy na pewno trzeba to zapisać na świadectwie?

Szczególnie interesujące jest porównanie ocen przedmiotowych na świadectwie z wynikami egzaminu gimnazjalnego. Mogę zaryzykować stwierdzenie o braku korelacji między najlepszymi świadectwami a wynikami egzaminów. Zdarzają się i takie świadectwa, na których mamy wzorową ocenę z zachowania i 100% ocen celujących oraz jakieś 75% punktów zdobytych z egzaminów. Dotyczy to zwłaszcza uczniów mieszkających poza Poznaniem.

Problem oceny celującej jest ciekawy sam w sobie. W ciągu 20 lat pracy w szkole dałem 2 (słownie: dwie) oceny celujące z matematyki. Otrzymały je Karolina D. z klasy dwujęzycznej z językiem hiszpańskim (XVII LO Poznań) oraz Joanna P. z klasy matematyczno-fizycznej (LOMM Poznań). Obie musiały się solidnie napracować reprezentując swoje szkoły w konkursach pozaszkolnych i obie awansowały do finału tych konkursów, przy czym Joasia zajęła 3 miejsce. Czytając wiele szkolnych statutów zauważam, że warunkiem koniecznym otrzymania oceny celującej jest osiąganie sukcesów w konkursach pozaszkolnych. Ale chyba w większości statutów widnieje nieostry zapis o tym, że aby uczeń mógł otrzymać ocenę celującą, wystarcza jego wzmożone zainteresowanie przedmiotem i poziom wiadomości wykraczający ponad to, czego uczą w szkole. Jak dla mnie to trochę za mało… Muszę też powiedzieć, że nie wierzę, iż można być uczniem celującym ze wszystkich przedmiotów. Brak mojej wiary dodatkowo wzmacniają średnie wyniki egzaminów, o czym pisałem wyżej.

Tak więc, czekając na wyniki matur, przewalamy papiery w te i we wte. Proponowałem, żeby to dyrekcja gimnazjum napisała papier, w którym stwierdzi, że uczeń działa tu i tu i za to, zgodnie z decyzją Kuratora, należy mu się tyle to a tyle punktów w postępowaniu rekrutacyjnym. Ale ta propozycja nie padła na podatny grunt. Więc w każdej szkole ponadgimnazjalnej powołuje się (całkiem liczną) komisję, która cierpliwie zamienia osiągnięcia na punkty. Marnując czas i energię nauczycieli.

Wielkopolscy szóstoklasiści napisali Sprawdzian najgorzej w kraju. Gimnazjaliści zajęli 9 miejsce. Źle się dzieje… Wpompowano ogromne pieniądze w dodatkowe zajęcia z matematyki, to gorzej gimnazjaliści napisali część humanistyczną… Do gimnazjów trafiają uczniowie, którzy fatalnie czytają, o czytaniu ze zrozumieniem już w ogóle nie piszę oraz dramatycznie słabo rachują. Źle się dzieje… Logicznie rozumując, wyniki 30 czerwca powinny współgrać z tą mizerią na wcześniejszych etapach edukacji. Całe to edukowanie przypomina mi dom targany huraganem. Dom stoi na podłym gruncie i ma kiepskie fundamenty, ale właściciele nie szczędzą grosza, by wzmacniać to jedną to drugą ścianę. To cud, że całość jeszcze stoi…

Tymczasem zakończyłem rok szkolny w optymistycznym nastroju. Moi uczniowie świetnie się spisali i w ogóle nie pamiętam, kiedy wystawiłem tyle ocen bardzo dobrych na koniec roku. Pięciu najlepszym, jak co rok, ufundowałem kalkulatory naukowe. Nie postawiłem też ani jednej oceny niedostatecznej! Starzeję się… :-)

Wiernym Czytelnikom tego blogu życzę udanego wypoczynku!

motyw anioła

Trwają egzaminy.

Dla większości zdających kończą się sukcesem. Jest jednak mniejszość, która sobie nie radzi. W ubiegłym roku egzamin ustny z języka polskiego nie zdało 2,5% zdających, czyli co czterdziesta osoba.

Tydzień temu, w poniedziałek, Ania - absolwentka jednego z najlepszych poznańskich liceów - nie przekonała komisji do swojej prezentacji tematu “motyw anioła w literaturze i sztuce”. Zabrakło dwóch punktów. Poszła do domu, napisała list pożegnalny i rzuciła się pod pociąg…

Jakie znaczenie ma egzamin ustny z języka polskiego? Żadnego. Natomiast oblanie tego egzaminu, poprawka w sierpniu, skutecznie paraliżuje możliwość studiowania na wymarzonym kierunku. Są takie osoby, dla których każda forma publicznego wystąpienia jest nieznośną mordęgą. Stres paraliżuje i odbiera resztki sił. Mowy nie ma, żeby o czymś rozsądnie opowiadać. Ale jest przecież tak, że na ustnym nie zdają anonimowi absolwenci szkoły. Oni trzy lata chodzili do tej szkoły, nauczyciel języka polskiego, który jest przecież przewodniczącym komisji, dobrze ich znał. Sam uczyłem Marcina, który miał zespół Aspergera. Przez trzy lata chodził do tablicy jedynie po to, by ją zmazać po lekcji. W trakcie lekcji udawał, że go nie ma, nie odpowiadał na żadne pytania. A jednak egzamin ustny z polskiego zaliczył. Komisja potraktowała jego przypadek za zrozumieniem i życzliwością…

Jakie znaczenie ma egzamin ustny z języka polskiego? Żadnego. Możesz kupić prezentację, możesz sobie wybrać temat na rok przed egzaminem, możesz przygotować dowolne pomoce.

I możesz egzaminu nie zdać.

« wstecz · dalejh »