2 lutego 2012 @ 12:01 · Kategoria Piotr Tomczak
Gazeta Prawna publikuje wnioski z analizy Instytutu Analiz Regionalnych. Chyba mnie one nie dziwią. W tych województwach, w których uczniowie z egzaminu po szkole podstawowej otrzymują wyniki lepsze od średniej krajowej, jeszcze lepiej wypadają na egzaminie gimnazjalnym. I odwrotnie. Tam, gdzie wyniki po podstawówce są słabe, jeszcze gorzej wypada egzamin gimnazjalny.
Najlepiej w rankingu wypadają mazowieckie, małopolskie i podkarpackie. Czarna liga to pomorskie, warmińsko-mazurskie i zachodniopomorskie.
Źródło: GazetaPrawna.pl.
Uczniowie szkół podstawowych z Mazowsza w 2005 r. otrzymali średnio wynik o 2,4 proc. lepszy niż średnia krajowa. W roku 2008 r. na egzaminie gimnazjalnym byli lepsi od średniej o 4,3 proc. W Pomorskiem w tym samym czasie wyniki uczniów spadły z – 1,5 proc. na etapie testu po szkole podstawowej do – 5,4 po gimnazjum.
Jest to dobry przykład efektu kuli śnieżnej. Jeżeli pojawią się problemy to z roku na rok jest coraz gorzej i coraz trudniej zatrzymać cały proces.
Zastanawiam się jakie czynniki wpłynęły na ukształtowanie się tego rankingu. Mam kilka hipotez. Mazowsze to oczywiście Warszawa, średnio najwyższe pensje i budżety samorządów. Kraków także duże miasto, ważny ośrodek akademicki z dużym dorobkiem dydaktycznym (Akademia Pedagogiczna, Zofia Krygowska). Zaskakujący jest wysoki wynik podkarpackiego. Czyżby to efekt oddziaływania Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie (aktualnie Uniwersytet)?
W opozycji do super osi „Wisła-San” mamy oś „Północ”. Mogę sobie wyobrazić że warmińsko-mazurskie ma ogólnie trudniejszą sytuację niż pozostałe województwa, ale skąd tak trudna sytuacja w pomorskim?

P.S. Przy okazji zerknąłem do źródła, na stronę IAR. Niestety znalazłem tam bardzo niepokojącą informację:
“Wyniki szkół podstawowych ze sprawdzianu po szóstej klasie
Opracowanie wyników ze sprawdzianu i egzaminu gimnazjalnego za 2009r., 2010r. i 2011r. będzie prawdopodobnie niewykonalne ze względu na fakt rezygnacji przez władze państwowe MEN pod kierownictwem pani Katarzyny HALL i/lub CKE z upubliczniania tych wyników. Zupełnie ta kwestia jest niezrozumiała.
Dlaczego dzieci, rodzice, podatnicy czy też ktokolwiek inny mający w tym interes nie może poznać średniego wyniku szkoły/jst ze sprawdzianu/egzaminu?”
16 listopada 2008 @ 20:13 · Kategoria Krzysztof Nowakowski
Collegium Medicum w Bydgoszczy przygotowało dla “pierwszaków” test kwalifikacyjny, który sprawdzał ich wiedzę z matematyki na poziomie szkoły średniej. Ze 129 studentów napisało go poprawnie zaledwie sześć osób.
Jak to się stało, że młodzi, którzy trafili na uczelnię, nie znają matematyki?
- Mnie to nie dziwi. Już kilka lat temu uczelnie medyczne w Niemczech borykały się z podobnym kłopotem. Tamtejsi studenci także mieli problem z matematyką, a nawet fizyką - mówi prof. Antoni Bukaluk, rektor Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy. - Kiedy w Polsce wprowadzano zmiany w programie nauczania, dziekani uczelni technicznych natychmiast alarmowali, że należy położyć większy nacisk na naukę matematyki, bo zaniedbania w tym względzie odbiją się nam kiedyś czkawką. Nikt nas nie słuchał, a teraz sprawdza się scenariusz, jaki wtedy przedstawiliśmy. Na UTP również musieliśmy wprowadzić zajęcia dodatkowe dla pierwszego roku, bo studenci mają olbrzymie braki i bez ich wyrównania nie można prowadzić zajęć.
- To kwestia nie tylko złego prowadzenia zajęć, ale głównie programu - uważa Ewa Ludwikowska, dyrektor wydziału pedagogicznego w kuratorium oświaty w Bydgoszczy, z wykształcenia matematyczka. - Gdy matematyka przestała obowiązywać na maturze, z programów nauczania szkół średnich zaczęły znikać całki, pochodne. Okrojony został rachunek prawdopodobieństwa, a logarytmy nauczyciele przerabiają, jeśli uda im się wygospodarować czas wolny. Najgorsze jest to, że zmiany wprowadzono na poziomie średnim, a na wyższym już nie, więc na uczelniach wymaga się, żeby studenci to potrafili, a młodzi po prostu nie mają się gdzie tego nauczyć.
Uczelnie liczą, że problem zniknie, gdy w 2010 r. matematyka znowu stanie się przedmiotem obowiązkowym na maturze. - Młodzież na pewno bardziej zacznie się do niej przykładać - twierdzi Elżbieta Konieczna, zastępca dyrektora w III LO w Bydgoszczy. - Już teraz widzimy, że zmienia się podejście do tego przedmiotu. Uczniowie klas pierwszych i drugich proszą nas o wprowadzenie dodatkowych godzin z matematyki, bo mają świadomość, że umieją za mało, żeby dobrze zdać maturę.
Tyle artykuł z Gazety Wyborczej.
Dowiadujemy się z niego wielu ciekawych rzeczy. Pani Ewa źle prowadziła zajęcia z matematyki i dlatego (?) została dyrektorem wydziału pedagogicznego w kuratorium oświaty. To kolejny argument za zniesieniem tej, całkiem bezużytecznej, instytucji. Uczelnie chciałyby powitać nowych studentów, ktorzy przyjdą wyposażeni w wiedzę dotyczącą rachunku różniczkowego i całkowego i załamują ręce, że ci nie mają o tym zielonego pojęcia. Może wprowadzić jakieś zmiany w programie nauczania na pierwszym roku studiów? Ależ gdzie tam! Wykluczone! Najlepiej zaapelujmy do szkół: “należy położyć większy nacisk na naukę matematyki”! Kiedy alarmowałem władze i pracowników Wydziału Matematyki i Informatyki UAM, że zmiany w programie nauczania matematyki plus nowa matura spowoduje przypływ całkiem “nowej” grupy studentów, nie dość, że słuchała mnie garstka kolegów i koleżanek, to jeszcze kolega jako wykładowca Analizy matematycznej zaproponował podręcznik wiodący: Analizę na rozmaitościach Spivaka! Smieszy mnie naiwna wiara, że “problem zniknie, gdy w 2010 r. matematyka znowu stanie się przedmiotem obowiązkowym na maturze”. Idą kolejne zmiany w programie nauczania. I z pewnością kandydaci na takie studia jak medycyna czy prawo tylko “lizną” podstawy matematyki.
Czy naprawdę tak trudno przeczytać Podstawę Programową i wyciągnąć konstruktywne wnioski, panowie profesorowie i panie profesorki?
PS. Rozumiem, że skoro na 129 studentów test zdało 6 osób, to pytania testowe koncentrowały się na owych mitycznych całkach. Brawa dla autora testu. Czy to nie jest przypadkiem ta sama osoba, która na jednej z konferencji domagała się wprowadzenia geometrii wykreślnej w gimnazjum?
4 lipca 2008 @ 11:11 · Kategoria Krzysztof Nowakowski
W “Polityce” w numerze 24(2658) z 14 czerwca 2008 roku w artykule Egzaminy: uwaga na miny, czytamy wypowiedź dr Agnieszki Wojciechowskiej, kierownika Zakładu Dydaktyki Matematyki na Uniwersytecie Wrocławskim: – Zaledwie trzy godziny matematyki tygodniowo i to nawet w liceach o specjalności ekonomicznej! W dodatku liceum trwa trzy lata, a tak naprawdę dwa i pół. Mnóstwo zajęć przepada z powodu rozlicznych świąt, wyjść do teatru, wyjazdów na wycieczki. Studenci po nowej maturze nie mają swobody rachunkowej, co wynika z powszechnego użycia kalkulatorów. Problemem dla nich są podstawowe wzory, algebra. Ci inteligentniejsi mają pomysł na rozwiązanie zadania, ale nie realizują go, bo się ciągle mylą. Są rozkojarzeni, nie potrafią się skoncentrować.
W zasadzie każde zdanie tej wypowiedzi wymaga komentarza. Szkoła nie jest miejscem, gdzie uczeń ma się uczyć i tylko uczyć, ale nauczyciele mają uczyć i wychowywać, temu służą wyjścia do teatru i wyjazdy na wycieczki. Dla Pani Agnieszki wyjście do teatru do strata czasu, można przecież w tym czasie siedzieć w szkole i słuchać, jak nauczyciel opowie nam ciekawie o tej sztuce, prawda? Przepadek zajęć z powodu rozlicznych świąt rzeczywiście jest problemem. Idealny system to 7 dni pracy w szkole po 8 godzin przez 365 dni w roku. Wtedy na pierwszym roku studiow nie trzeba by tłumaczyć studentom podstaw i wyrzucać 40% z nich po roku. Zwracam uwagę, że moi uczniowie w klasie z matematyką jako przedmiotem wiodącym mieli po 5 godzin matematyki na każdym poziomie i w sumie przeprowadzilem z nimi ponad 350 lekcji, przy czym “przepadło” nie więcej jak 20 lekcji w ciągu 3 lat, czy to jest mnóstwo? W klasie dwujęzycznej uczniowie siedzą w szkole 40 godzin, czy jeśli pójdą do teatru, albo wyjadą na wycieczkę, to rzeczywiście przy tym zgłupieją?
Szkoda, że kierowniczka Zakładu Dydaktyki Matematyki pisze dyrdymały o braku swobody rachunkowej z powodu powszechnego użycia kalkulatorów. Po pierwsze, na “starej maturze” można było używać kalkulatorów naukowych, a po drugie, uczestniczyłem w kilku międzynarodowych konferencjach, gdzie naukowcy z wielu krajów dowodzili, że jest akurat odwrotnie: użycie kalkulatorów sprzyja rozwojowi wiedzy matematycznej. Zresztą, co to znaczy “swoboda rachunkowa”? Czy inżynier na budowie ma wykazać się swobodą rachunkową, czy umieć szybko wykonać potrzebne rachunki, a jeśli je wykona za pomocą telefonu komórkowego to jest inżynierem gorszej kategorii? Czy moi uczniowie, którzy na kalkulatorze graficznym potrafią policzyć modę, medianę i odchylenie standardowe zestawu 10000 liczb nie mają swobody rachunkowej?
I na zakończenie jedna uwaga. Może porównamy, ile godzin matematyki w cyklu nauczania od przedszkola do studiów mają uczniowie w rozwiniętych gospodarczo krajach, czy można tam korzystać z kalkulatorów na lekcjach i czy są one dopuszczone na egzaminach, czy w tamtych krajach uczniowie wychodzą do teatru i jeżdżą na wycieczki, bo na razie, po przeczytaniu tej wypowiedzi, moi uczniowie ryczą ze śmiechu i jakoś (wyjątkowo chyba) nie byli rozkojarzeni i potrafili sie na czytaniu tych pierdół skoncentrować.
20 czerwca 2008 @ 21:49 · Kategoria Krzysztof Nowakowski
Skoro drukarnia źle złożyła kartki z pytaniami, a egzaminatorzy dawali punkty za złe odpowiedzi i, co oczywiste, nie dawali za dobre, to ja mam propozycję: niech o wyniku egzaminu zadecyduje rzut dwiema kostkami. Będzie sprawiedliwie. CKE plus OKE jako instytucje zbędne można rozwiązać. Zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na zbożne cele. ŻENADY EGZAMINACYJNEJ CIĄG DALSZY, A KOŃCA NIE WIDAĆ…
17 czerwca 2008 @ 09:27 · Kategoria Piotr Tomczak
Kilka dni temu, moja koleżanka opowiedziała mi jak wyglądał jej ostatni egzamin na uczelni na której studiuje
OK. 300 studentów wtłoczono do niezbyt obszernej auli, zadania miały charakter testów wielokrotnego wyboru z punktami ujemnymi, wyświetlano je na slajdach przez 45 s. Po zakończeniu na ekranie pojawiła się tykająca bomba. Był to znak że należy jak najszybciej rzucić się do skrzyni stojącej przy wejściu i zdeponować tam swoją pracę, chwilę później bomba wybuchła sygnalizując że prace które jeszcze nie zostały oddane będą karane punktami ujemnymi. Biada tym którzy siedzieli na końcu sali. Dodatkowo na swojej pracy należało zaznaczyć kto siedział po twojej prawej i lewej stronie a także z przodu i z tyłu.
Efekt był taki, że jedynie kilka osób zaliczyło test. Reszta standardowe czeka na “kampanię wrześniową”.
Mogę zrozumieć że szanowny Pan doktor habilitowany nie jest zbyt dobry z organizacji i nie umie tak sobie przygotować egzaminu aby zabezpieczyć się przed ściąganiem w jakiś cywilizowany sposób. Mogę również założyć, że jego znajomość podstaw prawa jest delikatnie rzecz ujmując mizerna, i nie zdaje sobie on sprawy że nie może stosować odpowiedzialności zbiorowej, tzn. nie może karać studenta jedynie na podstawie faktu że w jego pracy pojawiły się identyczne odpowiedzi (błędy) co w pracy osoby siedzącej obok. Ale w żaden sposób nie umiem usprawiedliwić nieznajomości podstaw matematyki.
Wiadomo od wieków że istnieje coś takiego jak rozkład normalny (Gaussa), który niezwykle dobrze opisuje otaczającą nas rzeczywistość. Szczególnie dobrze nadaje się do obrazowania rozkładu inteligencji, inaczej mówiąc, w społeczeństwie jest pewna grupa o wyjątkowo niskiej inteligencji, bardzo duża o przeciętnej i niewielka o wybitnie wysokiej.
Można spokojnie przyjąć, że kilkuset osobowa grupa studentów też podlega temu prawu. Jest tam na pewno grupa osób które ewidentnie nie opanowały materiału. Pośrednia, największa grupa która opanowała temat na przeciętnym poziomie oraz niewielka część tych którzy “wiedzą wszystko”.
Jeżeli w wyniku egzaminu 95% osób ma ocenę negatywną, to może to oznaczać:
a) Wykład/kurs został przeprowadzony wyjątkowo nieudolni, tak że studenci nie byli w stanie przyswoić materiału,
b) Egzamin został przeprowadzony błędnie, pytania były źle postawione i w konsekwencji nie nastąpiło ocenienie wiedzy słuchaczy,
c) Mamy do czynienia z wyjątkową próbką statystyczną o szczególnie niskich kompetencjach (ulubiona teza wykładowców), tylko że w takim przypadku ta wyjątkowa, unikalna grupa studentów, nie mieszcząca się w kanonach statystyki, powinna stać się przedmiotem poważnych badań naukowych zakończonych co najmniej doktoratem.
Znanym faktem jest również, że większość wykładowców ma właśnie takie zdanie ( c ) o swoich studentach. Tylko że, podważa to udowodniony empirycznie fakt, iż inteligencja rozkłada się w społeczeństwie właśnie według krzywej Gaussa.
W praktyce wiemy, że zwykle kończy się to we wrześniu gdy tym razem następuje ponowne zgwałcenie rozkładu normalnego i 95% studentów ma poprawne wyniki.
